To dość duże miasto. Być może nawet trzecie w Jordanii. Trudno to dokładnie ustalić, brakuje danych. Ale i tak nie znajdziecie go na mapie, choć pojawi się tam wiele innych, mniejszych miejscowości. Mieszkańcy miasta mówią, że to dlatego, że jest palestyńskie.
Król do góry nogami
Markezy to miejsca, w których w środku wakacji można spotkać uczące się dzieci. Wcale nie grozi im poprawka w sierpniu. Przed nimi matura, i niekoniecznie za rok, czasem za dwa, trzy, cztery. Te dzieci uczą się w państwowych szkołach. Opłata za naukę w takiej szkole wynosi rocznie 3 dinary, czyli około 15 zł. Douczają się w markezach, czyli centrach, w których za naukę ich rodzice nie płacą tak słono jak za szkołę prywatną. Nauka w prywatnej placówce to wydatek rzędu kilkuset dinarów rocznie. W szkołach państwowych i prywatnych muzułmańskich chłopcy i dziewczynki uczą się osobno. Wspólną naukę podejmą ewentualnie dopiero na uniwersytecie. Układ lat nauki w szkole w Jordanii jeszcze kilka lat temu niczym nie różnił się od polskiego po reformie. Obecnie ich gimnazjum jest o rok krótsze na rzecz podstawówki.
Karanie dzieci biciem stoi tam na porządku dziennym. I nie ma znaczenia czy to szkoła prywatna czy publiczna. Uczeń za niesubordynacje może dostać drewnianą linijką. Co gorsza, nie wolno mu się buntować przeciwko karze, bo jej wymiar może się jeszcze zwiększyć. Tak więc powinien spokojnie oczekiwać razów linijką z wyciągniętą ręką. W szkołach dla chłopców, zdominowanych przez Palestyńczyków, zdarzają się czasem wybryki o charakterze politycznym, na przykład dzieci powieszą wszechobecne portrety królów - obecnego Abdullaha i zmarłego Hussejna do góry nogami. Nauczyciele takie zachowania surowo karzą. Palestyńczycy nie lubią Hussejna za masowe mordy tej nacji w Jordanii we wrześniu 1970. Za obecnym też nie przepadają. Gdy miliony żyją w strasznej biedzie, Abdullah stawia sobie kolejne pałace. A dzieci od małego są uczone swojej tożsamości, historii, często nacjonalizmu, nawet nienawiści. W jednym z markezów Miasta poznaję nauczycielkę angielskiego May. Ona w przeciwieństwie do swoich ziomków kocha króla Hussejna. Mówi, że urodziła się w Kuwejcie, spędziła tam wiele lat i nie pamięta czarnego września, ale za to, była już w Jordanii, kiedy król zajmował się dziećmi. I zaczyna opowiadać o propagandowej dobroczynnej działalności władcy na rzecz maluchów.
Europa w stolicy
W Markezie poznaję Saher. Ma 17 lat. Słabo mówi po angielsku. Nie bardzo chce się jej uczyć. Saher nie nosi hidżabu (chusta zakrywająca włosy), ubiera się jak dziewczyna z Europy. W tym Mieście niewiele kobiet pozwala sobie na coś takiego, na ulicy trudno dostrzec odkrytą kobiecą głowę. Ale ta miejscowość jest szczególna. Zazwyczaj w dużych miastach atmosfera jest znacznie bardziej liberalna. Niektóre dzielnice Ammanu przypominają duże miasta Europy Zachodniej z liczną mniejszością muzułmańską. Większość kobiet nie kryję włosów i figury, a jedynie nieliczne ubrane są w tradycyjny strój. Ale Miasto, o którym piszę nie ma takich dzielnic. Tu panuje radykalna atmosfera, ludzi sfrustrowanych, o których zapomniano, ludzi głęboko wierzących, konserwatywnych. Gdy Saher kończy lekcje, przychodzi Hassan. Ma około 19 lat. Całe życie przepracował, żeby pomóc rodzicom. Na szkołę nie miał nigdy czasu. Dopiero teraz ich sytuacja materialna poprawiła się na tyle, żeby chłopak mógł nadrobić najbardziej elementarne braki. W Markezie uczy się czytać i pisać. Rodzice nie mogli mu pomóc. Sami też nie umieją. Wg oficjalnych danych około 10% mieszkańców Jordanii powyżej 15 roku nie umie czytać i pisać. W tym dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn. W krajach rozwiniętych odsetek analfabetów nie przekracza 0,5%.










