Powiesić króla głową w dół

To dość duże miasto. Być może nawet trze­cie w Jor­danii. Trudno to dokład­nie ustalić, brakuje danych. Ale i tak nie zna­jdziecie go na mapie, choć pojawi się tam wiele innych, mniejszych miejs­cowości. Mieszkańcy miasta mówią, że to dlat­ego, że jest palestyńskie.

Ziem­ski rajPalestyńczycy stanowią w Jor­danii zde­cy­dowaną więk­szość, a to miasto zdomi­nowali w 90%. Poli­tyka władz Jor­danii nie sprzyja Palestyńczykom. Tam gdzie jest ich dużo, trudno spodziewać się państ­wowych inwest­y­cji, niewielu jest w admin­is­tracji, są dyskrymi­nowani na wielu polach. Miasto, o którym piszę, rozrosło się w niemalże dziki sposób. Niegdyś było miejs­cowoś­cią, do której ludzie zjeżdżali się z okol­icy, aby odpocząć od pustyni. Było tam jak w muzuł­mańskim raju. Pełno roślin­ności, drzewa dające chłodny, zbaw­i­enny cień, kwiaty, krzewy, palmy. Stru­mie­nie, rzeczki, jeziorka, oczka wodne. Ale wbrew poli­tyce ignorowa­nia Palestyńczyków, poczyniono tam jedną jedyną inwest­y­cję, inwest­y­cję która zniszczyła ten ziem­ski raj. Rozpoczęto eksploat­ację fos­fory­tów, jedynego bogactwa Jor­danii, pozbaw­ionej ropy naftowej w prze­ci­wieńst­wie do wielu innych kra­jów bliskowschod­nich. Fos­for jest zagroże­niem dla wód. Zatrute wody spowodowały zanik roślin­ności, zmniejszyła się bioróżnorod­ność. Z oazy Miasto przek­sz­tał­ciło się w pustynię. Skoro i tak nie zna­jdziecie tego miasta na żadnej mapie, poz­wolę pozostać mu i jego mieszkań­com anonimowymi.

Król do góry nogami

Markezy to miejsca, w których w środku wakacji można spotkać uczące się dzieci. Wcale nie grozi im poprawka w sierp­niu. Przed nimi matura, i niekoniecznie za rok, cza­sem za dwa, trzy, cztery. Te dzieci uczą się w państ­wowych szkołach. Opłata za naukę w takiej szkole wynosi rocznie 3 dinary, czyli około 15 zł. Douczają się w markezach, czyli cen­trach, w których za naukę ich rodz­ice nie płacą tak słono jak za szkołę pry­watną. Nauka w pry­wat­nej placówce to wydatek rzędu kilkuset dinarów rocznie. W szkołach państ­wowych i pry­wat­nych muzuł­mańs­kich chłopcy i dziew­czynki uczą się osobno. Wspólną naukę pode­jmą ewen­tu­al­nie dopiero na uni­w­er­syte­cie. Układ lat nauki w szkole w Jor­danii jeszcze kilka lat temu niczym nie różnił się od pol­skiego po reformie. Obec­nie ich gim­nazjum jest o rok krót­sze na rzecz pod­stawówki. Karanie dzieci biciem stoi tam na porządku dzi­en­nym. I nie ma znaczenia czy to szkoła pry­watna czy pub­liczna. Uczeń za niesub­or­dy­nacje może dostać drew­ni­aną lin­ijką. Co gorsza, nie wolno mu się bun­tować prze­ci­wko karze, bo jej wymiar może się jeszcze zwięk­szyć. Tak więc powinien spoko­jnie oczeki­wać razów lin­ijką z wyciąg­niętą ręką. W szkołach dla chłopców, zdomi­nowanych przez Palestyńczyków, zdarzają się cza­sem wybryki o charak­terze poli­ty­cznym, na przykład dzieci powieszą wsze­chobecne portrety królów — obec­nego Abdul­laha i zmarłego Husse­jna do góry nogami. Nauczy­ciele takie zachowa­nia surowo karzą. Palestyńczycy nie lubią Husse­jna za masowe mordy tej nacji w Jor­danii we wrześniu 1970. Za obec­nym też nie przepadają. Gdy mil­iony żyją w strasznej biedzie, Abdul­lah stawia sobie kole­jne pałace. A dzieci od małego są uczone swo­jej tożsamości, his­torii, często nacjon­al­izmu, nawet nien­aw­iści. W jed­nym z markezów Miasta poz­naję nauczy­cielkę ang­iel­skiego May. Ona w prze­ci­wieńst­wie do swoich ziomków kocha króla Husse­jna. Mówi, że urodz­iła się w Kuwe­j­cie, spędz­iła tam wiele lat i nie pamięta czarnego wrześ­nia, ale za to, była już w Jor­danii, kiedy król zaj­mował się dziećmi. I zaczyna opowiadać o pro­pa­gandowej dobroczyn­nej dzi­ałal­ności władcy na rzecz maluchów.

Europa w stolicy

W Markezie poz­naję Saher. Ma 17 lat. Słabo mówi po ang­iel­sku. Nie bardzo chce się jej uczyć. Saher nie nosi hidżabu (chusta zakry­wa­jąca włosy), ubiera się jak dziew­czyna z Europy. W tym Mieś­cie niewiele kobiet pozwala sobie na coś takiego, na ulicy trudno dostrzec odkrytą kobiecą głowę. Ale ta miejs­cowość jest szczególna. Zazwyczaj w dużych mias­tach atmos­fera jest znacznie bardziej lib­er­alna. Niek­tóre dziel­nice Ammanu przy­pom­i­nają duże miasta Europy Zachod­niej z liczną mniejs­zoś­cią muzuł­mańską. Więk­szość kobiet nie kryję włosów i fig­ury, a jedynie nieliczne ubrane są w trady­cyjny strój. Ale Miasto, o którym piszę nie ma takich dziel­nic. Tu panuje radykalna atmos­fera, ludzi sfrus­trowanych, o których zapom­ni­ano, ludzi głęboko wierzą­cych, kon­ser­waty­wnych. Gdy Saher kończy lekcje, przy­chodzi Has­san. Ma około 19 lat. Całe życie przepra­cował, żeby pomóc rodz­i­com. Na szkołę nie miał nigdy czasu. Dopiero teraz ich sytu­acja mate­ri­alna popraw­iła się na tyle, żeby chłopak mógł nadro­bić najbardziej ele­men­tarne braki. W Markezie uczy się czy­tać i pisać. Rodz­ice nie mogli mu pomóc. Sami też nie umieją. Wg ofic­jal­nych danych około 10% mieszkańców Jor­danii powyżej 15 roku nie umie czy­tać i pisać. W tym dwa razy więcej kobiet niż mężczyzn. W kra­jach rozwinię­tych odsetek anal­fa­betów nie przekracza 0,5%.