Niedokończona historia przypadkowego bohatera

Jest rok 1956. Poznań staje się areną bezprecedensowych wydarzeń, w których głównymi aktorami są komunistyczne władze - po jednej stronie i domagający się swoich praw robotnicy - po drugiej. Zaczyna się od strajków i manifestacji. Dochodzi do walk i szarpanin. Padają strzały. W całym zamieszaniu zupełnie przypadkowo pojawia się 13- letni chłopiec. W chwilę potem ginie, stając się symbolem poznańskiego czerwca 1956 roku.

Niezadowolenie w całej Polsce narastało już od 1955 roku. Władze używając górnolotnych słów obiecywały poprawę sytuacji. Miały być podwyżki pensji, mniejsze ceny żywności i premie dla pracujących w nadgodzinach. Jednak warunki bytowe ludzi pracy wcale się nie poprawiały. Władza zaczęła tracić zaufanie społeczne. Miejscem, gdzie to niezadowolenie miało dać swój wyraz stał się Poznań, czyli duży, uprzemysłowiony ośrodek. A dokładniej Zakład Przemysłu Metalowego im. Józefa Stalina.

Wizyta delegacji zakładu w Warszawie nie przyniosła zmiany sytuacji. Postanowiono rozpocząć strajk. Wzięły w nim udział wszystkie większe zakłady przemysłowe Poznania. Strajk szybko przerodził się w olbrzymią manifestację i na ulicach pojawiło się ok. 100 tysięcy robotników. Nieśli ze sobą transparenty z napisami " Żądamy chleba!", "Chcemy jeść". Gdy tłum dotarł pod Wojewódzki Urząd Bezpieczeństwa Publicznego padły pierwsze strzały. Oddawali je funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa schowani w budynku. W odpowiedzi słychać było pojedyncze strzały ze strony manifestujących. Wśród tłumu rozniosła się nagle pogłoska, że w więzieniu na ulicy Młyńskiej uwięziono delegatów robotniczych. Była ona nieprawdziwa, jednak wystarczyła, aby rozjuszony tłum ruszył szturmem na więzienie. Straż nawet nie próbowała stawiać oporu. Wypuszczono z cel ponad dwustu pięćdziesięciu więźniów i zabrano znajdującą się tam broń palną. Gdy manifestujący zostali lepiej uzbrojeni rozpoczęła się prawdziwa strzelanina. Pod Urzędem Bezpieczeństwa Publicznego słychać było jedynie krzyki i świst kul.

W ten sam dzień, 28 czerwca, ok. godziny 8 rano, młody, 13-letni Romek Strzałkowski wyszedł do sklepu. Miał kupić trochę szynki dla chorej mamy. Gdy znalazł się na ulicy ujrzał wielotysięczny tłum. Już z daleka było słychać gwar, tupot i okrzyki. Nigdy wcześniej nie widział czegoś tak przyciągającego i posiadającego w sobie takie pokłady siły, jak ten właśnie tłum. Niewiele się namyślając zdecydował się przyłączyć do robotników. Zapomniał zupełnie o tym, że miał iść do sklepu. Porwały go emocje, bo czuł, że bierze udział w wydarzeniu ważnym, przełomowym. W chwilę później widział jak młodzi mężczyźni chwytają za karabiny i pistolety przywiezione z więzienia na Młyńskiej. Kule cały czas świszczały nad jego głową. Obok niego szły trzy pracownice tramwajów miejskich niosąc sztandar narodowy. Rozległ się huk od strzałów i dwie tramwajarki upadły ranione kulami. 13- letni młodzieniec bez chwili wahania podbiegł do zakrwawionego sztandaru i na oczach tysięcy ludzi podniósł go w geście triumfu. Widzieli to zarówno schowani w budynku Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa funkcjonariusze UB, jak i manifestanci. Zgromadzeni wokół Romka ludzie, zostali porwani nowym duchem entuzjazmu i walki. Niedługo potem ten małoletni bohater zginął. Został trafiony kulą w samo serce. Była to śmierć bohaterska. Taka, jaką mieli możliwość ponieść jedynie najwięksi ludzie.

Tak miała wyglądać historia 13-letniego bohatera Poznania. Stał się najmłodszym męczennikiem czerwca 1956. W roku 1981 jedną z ulic w tym mieście nazwano nawet jego nazwiskiem. Stał się mityczną postacią i ikoną opisanych wydarzeń. Teraz, gdy minęło 50 lat od tamtych zdarzeń wiemy, że legenda Romka Strzałkowskiego nie jest do końca prawdziwa. Po wielu latach stała się jakby niedokończoną opowieścią. Liczni naukowcy badali tę sprawę i wciąż wokół śmierci młodzieńca jest wiele znaków zapytania. Pewne jest, że brał udział w wydarzeniach czerwcowych. Jednak wszyscy, którzy zajmowali się tą sprawą są przekonani, że heroiczna śmierć niosącego sztandar narodowy chłopca jest częścią legendy, a nie faktem historycznym. Istnieje około pięciu wersji, w jaki sposób mógł zginąć chłopiec. Jedna z nich mówi, że został zastrzelony w budynku Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, a potem przeniesiony do znajdujących się w pobliżu ubeckich garaży. Tam znalezione zostało jego ciało. Inni badacze skłaniają się ku wersji, że chłopców było dwóch. Romek Strzałkowski miał brać udział w manifestacji, ale osobą podnoszącą sztandar narodowy był podobno ktoś zupełnie inny. Jeszcze inna wersja opowiada, że nasz bohater został trafiony od kuli, która odbiła się rykoszetem… Żadna z nich nie jest w stu procentach pewna, co sprawia, że wszystkie możliwości wciąż pozostają jedynie w sferze przypuszczeń.

Podczas poznańskiego czerwca zginęły 74 osoby, w tym 17 nastolatków. Mimo to komunistyczne władze informowały, że wśród ofiar nie ma dzieci, ani kobiet. Z nekrologu Romka Strzałkowskiego usunięto informację na temat wieku i szkoły, do której uczęszczał. Na jego nagrobku dopiero niedawno napisano, że zginął z rąk oficerów UB.

Wydarzenia czerwcowe zakończyły się klęską robotników, którzy nie mieli szans w walce z wojskiem i czołgami, które w niedługim czasie pojawiły się przed budynkiem UB. Zajścia sprzed 50 lat nazywane są przez wiele osób ostatnim powstaniem narodowym w Polsce. Stały się one iskrą do rozpoczęcia walki o zmiany w Polsce. Padł mit państwa, którego siłą według ideologii komunistycznej jest klasa robotnicza. Mimo, iż w trakcie wydarzeń Poznań został szczelnie odgrodzony od reszty Polski, wieść o tym, że władza strzela do robotników szybko rozeszła się po kraju. Próbowano tłumaczyć, że zamieszki zostały zorganizowane przez "agenturę imperialistyczną i reakcyjne podziemie". Prawie nikt nie chciał jednak w te zapewnienia wierzyć. Dzisiaj z wydarzeniami, których 50 rocznice niedawno obchodziliśmy, kojarzy się głównie legenda Romka Strzałkowskiego. Ale nie tylko. Znamiennymi są także słowa ówczesnego premiera Józefa Cyrankiewicza, który powiedział, że kto ośmiela się podnieść rękę na władzę ludową powinien być pewien, że władza ludowa mu tę rękę utnie. I bardzo dobrze się stało, że ludzie przestali tej władzy ufać…