Kalendarz Ci pomoże…
Dlaczego warto prowadzić kalendarz?
Lucy (z redakcji strefy)
Moje kalendarze zawsze mają osobne kartki na każdy dzień, a mimo to są opasłe, pękate i najeżone powkładanymi między odpowiednie strony dodatkowymi kartkami, zaproszeniami, odbitkami xero. W każdą sobotę rano “robię kalendarz” na następny tydzień — czytam wpisy, które robiłam na bieżąco, np. gdzie mam jakieś spotkanie, zastanawiam się co powinnam na to spotkanie przygotować, wyliczam, ile czasu zajmie mi przygotowanie, kiedy mam to zrobić i wpisuję w odpowiednie miejsce. Doświadczenie nauczyło mnie, że jeśli czegoś nie zapiszę — to na pewno zawalę.
Kiedyś moi wychowankowie wydziwiali nad “spaślactwem” mojego kalendarza. A ja wydziwiałam nad ich malunimi kalendarzykami, w których mieli zaznaczone tylko imieniny krewnych i najbliższych przyjaciół: “Jak w tych trudnych czasach uczniowie, którzy są jedną z najbardziej zawalonych robotą grup społecznych, mogą sobie poradzić bez uczciwego kalendarza?! Podśmiewali się, ale z czasem, jeden po drugim, zaczynali chodzić do szkoły z kalendarzem pod pachą. Wpisywali do nich, zaznaczali różne rzeczy, a od czasu do czasu zaczynali się wykłócać z jakimś nauczycielem o “niemożliwe terminy”. I — o dziwo — często wygrywali, bo argumenty “kalendarzowe” były nie do odparcia. Twierdzili, że ich życie “zyskało na jakości” — łatwiej jest żyć z kalendarzem, bo znacznie łatwiej jest planować, umawiać się. W dodatku — mniej ciosów sypie się na głowę człowieka, bo znacznie rzadziej zawala się jakieś zobowiązania.
Moi uczniowie te “plecakowe” kalendarze uzupełniali jeszcze “ściennymi” — były na nich zaznaczone tylko “rzeczy grube”: klasówki, sprawdziany, powtórzenia, zaliczenia, wywiadówki, klasyfikacyjne rady pedagogiczne. To pozwalało im lepiej kontrolować sytuację. Często wpatrywali się w te kalendarze, analizując starannie to, co z nich wynikało. Czasami na przerwie pod takim klasowym kalendarzem zbierały się konferujące grupy, niektórzy ze swoimi podręcznymi “spaślakami” w rękach, zawzięcie licząc dni, wpisując, ile tematów dziennie mają powtórzyć, co przeczytać, co od kogo pożyczyć a co komu przynieść.
Po latach doszłam do wniosku, że ten, kto “żyje z kalendarzem” — nie zawala matury.
Elżbieta (dziennikarka)
Jestem “wolnym strzelcem”. Mój dostatek zależy od tego, ile artykułów uda mi się sprzedać. Gdybym liczyła tylko na newsy — umarłabym z głodu. Dlatego mam dwa kalendarze: zwykły, duży, podręczny, do zapisywania bieżących notatek i informacji, a drugi w komputerze. W nim zapisuję pomysły na artykuły, redakcje, które mogą być zainteresowane ich opublikowaniem i terminy, w jakich powinnam zadzwonić albo wysłać gotowy artykuł. Właściwie cały rok pracuję nad przyszłorocznym kalendarzem.
Komputerowy kalendarz uzupełniają segregatory. Są podzielone przekładkami na poszczególne interesujące mnie tematy. Tam wkładam wszystkie materiały “papierowe”, na które przypadkiem natrafiam wtedy, kiedy jeszcze nie pracuję nad tym artykułem. Potem, kiedy zabieram się do pisania, mam już gotowe całkiem spore archiwum. W ten sposób oszczędzam mnóstwo czasu.
Zmieniony ( 30.08.2007. )









